Witam!!!
Jestem Fatima. Pochodzę z Emilii-Romanii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Tego lata uczestniczyłam w miesięcznym programie EVS w Estonii, ponieważ na co dzień pracuję jako wolontariusz i chciałam mieć możliwość robienia tego podczas podróży. Ponieważ projekt w Estonii umożliwił mi realizację tego zadania także w Estonii, byłem bardzo zmotywowany. Dzięki temu doświadczeniu wzbogaciłem swój bagaż osobisty, widziałem na własne oczy niesamowite miejsca i miałem okazję nawiązać kontakt z Estończykami, a jednocześnie obywatelami innych krajów europejskich i o podobnym pochodzeniu do mojego.
Będąc także aktywnym członkiem bezpartyjnego ruchu politycznego #ItalianiSenzaCittadinanza, ruchu składającego się głównie z chłopców i dziewcząt drugiego pokolenia, czyli Włochów obcego pochodzenia i bohaterów walki o reformę obywatelstwa, jestem tu… po to i nie tylko z tego powodu i jeszcze to: Podróż! Lubię to robić i zawsze staram się to robić z pełną znajomością faktów. Ponieważ wierzę, że dzięki tym doświadczeniom nadal szerzę naszą walkę, porównując i zdobywając nowe elementy.
Poniżej znajdziecie „krótkie” podsumowanie mojej Supercalifragilisticexpialidocious wyprawy po Estonii. Podsumowanie; bo jak powiedział Voltaire: „Bardzo trudno jest, zarówno w geografii, jak i w moralności, zrozumieć świat bez wychodzenia z własnego domu” za to i za tamto życzę każdemu, kto to czyta, aby chociaż raz mógł wyjść, nawet nie za bardzo daleko, na EVS.

Nie wierzyłabym, że będę tak zafascynowany krajem, który pod wieloma względami przed tym doświadczeniem określiłabym jako: tak odległy i inny od wszystkiego, do czego byłam przyzwyczajona.
A jednak jestem tu ze łzami w oczach i piszę Wam czarno na białym to, co jest teraz wspomnieniem niezapomnianego przeżycia.
Wyjechaliśmy ze słonecznego Rzymu w upalny lipiec.

Myśleliśmy, że tam na górze będzie zimno albo przynajmniej trochę chłodno. Także dlatego, że my też byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Gdy dotrzemy do Tallina, wystarczy lekki wiatr, następnie udamy się do Tartu. Gdzie powitali nas tym, co było naszym pojazdem przez cały czas trwania projektu. Minivan. Kiedy dotarliśmy do Vana Kuste, miejsca, w którym mieszkaliśmy podczas weekendów przez wszystkie weekendy projektu, był wczesny wieczór i zmęczenie szybko wzięło górę.
Następnego ranka, kiedy się obudziliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, że: Globalne ocieplenie naprawdę się dzieje!
„Nigdy nie było tak gorąco!” Powiedziała Jane, nasza mentorka. Trzydzieści cztery stopnie, czasami trzydzieści pięć.
Wieczorem natomiast zawsze uspokajała nas łagodna temperatura. A jakie niebo i ile gwiazd! Niebo było zawsze czyste, czubki drzew widać było do późna. Do północy. Czasami o pierwszej w nocy.

Pierwszy tydzień.
Zaczynamy od naszej bazy i kierujemy się w stronę stacji kolejowej. Binarny. Po kilku przystankach wysiadamy w Llumetsa.
W pociągu byli także „nasi chłopcy”. Ale na początku tygodnia zapoznajmy się ze zejściem.
Wchodzimy do estońskiego lasu. W kawałku, bo tak naprawdę Estonia to w 50% las. Kawałek, po którym będziemy stąpać, to „piękny las” po estońsku: Llumetsa. wszyscy jesteśmy zachwyceni i widać to w naszych relacjach. Pierwszą noc spędzamy w przygotowanej bazie.
Później odkryjemy, że taka jest praktyka w Estonii.

Już pierwsza noc zapowiadała się na długą i trudną. Chłopcy byli pełni adrenaliny. Dla nich to było święto. Dni następowały jeden za drugim, kilometry do pokonania w ciągu dnia, zanurzone w naturze, otoczone jeziorami, zawsze witane jako posiłek przez komary i inne owady (wszyscy już się do tego prawie przyzwyczailiśmy, oczywiście uzbrajając się zawsze w autany i surogatki).

Dopóki nie zbliżysz się do granicy z Rosją.
I choć na koniec dnia wszyscy byliśmy wyczerpani fizycznie, grupa świetnie się dogadywała i poradziła sobie z wszelkimi przeciwnościami losu. Wszyscy ciężko pracowaliśmy. Wszyscy próbowaliśmy. Wolontariusze\i chłopcy\np.
A dzięki technologii i internetowi same dzieciaki stworzyły grupę, z którą utrzymujemy kontakt, szczególnie z tymi, które potrafią wyrażać się w języku angielskim, i stała się ona dla nich, powiedziałbym, bezpiecznym miejscem, gdzie czasami nadal piszą do nas i zwierzają się nam ze swoich lęków, ale także ze swoich ambicji i gdzie niektórzy z nas starają się zachowywać jak ich starszy brat lub siostra, bo ostatecznie tacy właśnie byliśmy w tym tygodniu. W pewnym sensie model.
Niektórzy z nich pytali niektórych wolontariuszy, czy wrócimy za rok. Inni przepraszali za bzdury, które opowiadali nam w chwilach fizycznego zmęczenia, gdy zachęcaliśmy ich, aby szli dalej.
Wykazali także zainteresowanie naszą rolą, dlaczego to zrobiliśmy i jak nam się to udało.
Gdy się żegnaliśmy, płakaliśmy, byliśmy wzruszeni.
Drugi tydzień.
Zmiana lokalizacji i chłopaków, tym razem 55. Dwukrotnie w porównaniu do poprzedniego tygodnia. Dzieci stróżów prawa. I w pewnym sensie, w porównaniu do pierwszego tygodnia, trudności tutaj były mniejsze, zwłaszcza jeśli chodzi o mechanizmy budowania zespołu. Ponieważ chłopcy/dziewczęta w pierwszym tygodniu byli chłopcami/dziewczętami ze środowisk defaworyzowanych społecznie, podczas gdy chłopcy/dziewczęta w tym tygodniu byli właśnie chłopcami z zupełnie innego pochodzenia niż ci z pierwszego tygodnia.

Zwłaszcza ja i inni wolontariusze byli niezwykle ciekawi. Bo byliśmy czarni.
Byli oczarowani, ciekawi dotyku moich warkoczyków i przede wszystkim znacznie mniej ostrożni.

W rezultacie od pierwszych chwil nawiązała się relacja zabawy i współudziału. Tutaj także spędziliśmy intensywny tydzień, podzieleni na cztery grupy ze względu na kraj pochodzenia wolontariuszy, zmagaliśmy się z różnymi zajęciami fizycznymi, warsztatami rekreacyjnymi, grami kulturalnymi, zawodami sportowymi na przemian z balonami z wodą, udzielaliśmy pomocy, plastry lub po prostu uściski cieszyć się lub rozweselić podczas zajęć.

Na zakończenie tygodnia, jak i pierwszego, odbyło się rozdanie dyplomów będących zwieńczeniem odbytej wspólnie podróży, a przede wszystkim po to, by mieć wspólną pamięć. Z tego tygodnia pamiętam z jednej strony: sympatię dzieci, ich wielką chęć uczestniczenia w zajęciach sportowych i pozasportowych oraz wielką chęć zaangażowania się w jakąkolwiek zaproponowaną aktywność, a z drugiej: pracę grupową nas wolontariuszy, włączając w to wymianę pomysłów i wykorzystanie naszych osobistych umiejętności w praktyce podczas warsztatów manualnych i rekreacyjnych.
Trzeci tydzień.
Dla mnie był to najbardziej stymulujący tydzień, fizycznie i emocjonalnie. Mimo że pod koniec drugiego tygodnia doznałem kontuzji kostki. Jak wszyscy, starałem się być tak przydatny, jak tylko mogłem. Mogę powiedzieć, że był to dla nas najbardziej ekscytujący tydzień, ponieważ musieliśmy głównie pomóc w fazie definiowania wojskowego festiwalu historycznego, który trwałby jeden dzień. Trzeba było przenosić meble, wycinać przepustki, zamiatać, malować, zakładać maskotki i paradować ulicami z flagami krajów europejskich. Zostaliśmy przywitani przez władze lokalne, które podziękowały i nagrodziły nas za poświęcony czas i poświęcenie.

Znaleźliśmy także czas dla siebie nad jeziorem i mieliśmy okazję rozegrać bitwę w softball. Każdy z nas dobrze się bawił robiąc swoje. I dlatego w tym momencie chciałem przewinąć do tyłu. Ponieważ wiedzieliśmy, że nasze doświadczenie dobiega końca.
Zostało nam jeszcze kilka dni, które możemy spędzić razem.
Doświadczenia festiwalu pomogły nam wiele zrozumieć o Estonii, szczególnie pod względem politycznym: rano w dniu festiwalu zorganizowano targ, na którym sprzedawano głównie przedmioty ściśle związane z okresem historycznym drugiej wojny światowej i post -okres wojny.
A ze społecznego punktu widzenia przydatne było zrozumienie, że nawet podczas koncertów większość Estończyków siedziała bez słowa, popijając piwo.
Wreszcie muzycznie! I co mogę powiedzieć? Muzyka estońska jest jeszcze nieodkryta, a tymczasem udało nam się być na koncercie Daniela Leviego, obiecującej gwiazdy popu, która wygrała konkurs talentów i zespół rockowo-metalowy.

Czwarty tydzień.
Morze Bałtyckie i rolnictwo ekologiczne.

W tym momencie albo ze względu na zmęczenie, myśl o powrocie, albo po prostu brak ochoty na pakowanie, byliśmy trochę leniwi.
Nasz pobyt nad Bałtykiem był krótki, ale podczas niego mieliśmy okazję wybrać się na pieszą wycieczkę, a przede wszystkim mieć okazję do wielu dyskusji na różne tematy: kulturowe, językowe, muzyczne, a w tym tygodniu Ly i Jane ze stowarzyszenia goszczącego pozwoliły nam Uwolnij naszą kreatywność, po prostu robiąc to, co uznaliśmy za najbardziej przydatne dla gospodarstwa. Konsekwentnie sprzątaliśmy, pomagaliśmy urządzać saunę, wyciągaliśmy chwasty ze stawu i tak dalej... Mieliśmy także okazję porozmawiać o ostatnich tygodniach i odwiedzić miasto Parnu.

Następnie przywiozłem do domu nową rodzinę z Estonii.

W momencie oceny końcowej i uścisku z towarzyszami podróży, Hiszpanami, Włochami, Słoweńcami, Litwinami i Estończykami, zrozumiałem, że Estonia nas wszystkich zadziwiła.
Fatoumata
